Rozdział I
Była zwykły poniedziałek, bez deszczu, bez słońca, bez żadnego znaku z nieba. Fabryka dudniła, jak co dzień, swoim rytmem. Stanisław siedział w końcu hali, z dala od czytnika, oddzielony od reszty ludzi, jakby na wygnaniu. Wiedział, że będzie musiał stać w ogonie, czekać na swoją kolej. Nienawidził tego. Odbicie się po szychcie, byle pierwszy — to była dla niego najważniejsza rzecz na świecie. A teraz? Teraz siedział i liczył młotki. Były to gotowe już narzędzia, które można było dołączyć do wielu modeli robotów na rynku. Masówka, ale należało jednak zrobić jakąś kontrolę jakości. Więc Stanisław siedział i oglądał każdy produkt. Błędy prawie nigdy się nie zdarzały! To syzyfowa praca, ale dziś musiał to zrobić właśnie on: Stanisław.
I wtedy przejechał obok robot. Niepozorny, wyglądał trochę jak z innej, dawnej epoki. Na trzech kołach zawieszony był kwadratowy korpus. To są roboty najniższej inteligencji. Ich zadania są dość proste. Mają kontrolować. Robot podjechał swoją wąską ścieżką do Stanisława. Ścieżek było kilka, a każda przeznaczona dla innego użytkownika. Maszyn pracujących w fabryce było mnóstwo i różniły się gabarytowo, dlatego ścieżki, drogi przejazdu były dostosowane do ich szerokości. Skrajnie po prawej narysowana były droga dla pieszych. Gdy robot zjawił się na przeciwko Stanisława, ten wyciągnął swój nadgarstek w stronę czytnika, który robot miał dołączony na samej górze swojego robotowego ciałka. Potem zwrócił się w stronę palety. Zeskanował ją wbudowaną kamerą. Na wyświetlaczu w samym środku robotowego ciałka był wyświetlacz, na którym migał kod kreskowy: /ASIA_CLUSTER - Syntora. Stanisław był już wyjątkowo zdenerwowany. Miał nadzieje że robotek do niego nie dotrze przed końcem zmiany. To przecież wydłuży cały proces. Wiedział, że teraz nie ruszy od razu do skanera. Będzie musiał czekać, ustawić się w tej samej kolejce co inni. Znał ich, rozumiał, co to za ludzie. „Ta hołota,” pomyślał, patrząc, jak reszta przechodzi obok. On, jego zdaniem, do niej nie należał.
Znowu wrócił myślami do testu kompetencyjnego z końca szkoły. Marzył wtedy, żeby zostać architektem, by wstąpić do cechu, zdobyć stanowisko, które sprawi, że będzie się liczył. Zamiast tego — fabryka. Dwadzieścia lat wśród robotów, młotków i kontroli jakości. A on nigdy nie mógł pojąć, jak to się stało. Był pewien, że to wredna baba od matematyki zmanipulowała wyniki testu. „Suka specjalnie to zrobiła,” mamrotał w duchu. Zapomniał tylko, że test był w chmurze i oceniał go rządowy bot.
Szum w głowie przerwał głos kierownika. Ten, jak zwykle, patrzył na niego z tą swoją wyższością, z miną kogoś, kto nie potrafi zrozumieć, jak bardzo męczy wszystkich swoją obecnością. Stanisław spojrzał na niego z mściwym wzrokiem.
— Panie Stanisławie, ile młotków zostało skontrolowanych, a ile jeszcze w starej palecie? I może warto zauważyć, że pana postawy, roszczeniowe i wyniosłe, utrudniają pracę zespołowi? Po dwudziestu latach w fabryce, można byłoby nauczyć się współpracy. — Powiedział Kierownik bo musiał, takie wytyczne, tak należy postępować, rozmawiać, instruować, ale sześćdziesięcioletni mężczyzna nie miał ochoty na rozmowę z gościem, którego szczerze nie lubił.
Stanisław poczuł, jak krew wzbiera mu w żyłach. Z niechęcią, wręcz bez cienia emocji, odpowiedział:
— Pierdol się. Powiedziałem jej prawdę! Anka dostała ten awans, bo tym z biura obciąga na przerwie! Jestem dużo bardziej kompetentny, tylko nie mam cycków!
— Tak Stanisław, wiedząc, że nie spotka go żadna kara, chciał skończyć rozmowę.
— Posłuchaj, ostatni raz odezwałeś się do mnie tym tonem. Gdyby nie twoja żona, dałbym ci już upomnienie w Aplikacji. Ty nie masz żadnych kompetencji!- odparł kierownik, ale niekoniecznie emocjonalnie. To była już kolejna rozmowa na ten temat.
Stanisław machnął ręką, bez dalszych ceregieli, bez oglądania się za siebie pognał między maszyny ku metalowym wrotom. Kierownik stał, nie drgnął, tylko poprawił kołnierz, jakby kurz słów Stanisława osiadł mu na karku.
Na nadgarstku Stanisława zaświecił się ekran urządzenia. Tam, gdzie kiedyś ludzie nosili zegarki, teraz sterczał kawał zimnego metalu wrośnięty w ciało. Nie był to zegarek, nie był też do końca czujnik. Był wszystkim naraz — zegarem, przepustką, dokumentem, wyrokiem. Należało go przyłożyć pod wystające ze ściany urządzenie, ale Stanisław musiał swoje wystać w kolejce. Nerwowo przeskakiwał z nogi na nogę, irytując tym ludzi wokół siebie. Spostrzegł Ankę: niską, nieco krągłą brunetkę, która stroniła od ludzi, ale świetnie czuła się w pracy z komputerem. Robiła błyskawiczną karierę, bo miała talent i diagnozę. Stanisław łypał na nią spode łba, bo dwudziestopięciolatka irytowała go tym wycofaniem, ale przede wszystkim faktem, że nigdy nie wdawała się z nim w dyskusję. Taka „pizdeczka”, jak ją nazwał w głowie, bardzo szybko dostała awans i to ona nasyłała na niego roboty w ostatniej chwili. Szara kolejka zrobiła się długa na kilka metrów. Każdy z pracowników, choć różnych ras, co nadawało tej scenerii nieco kolorytu, miał na sobie szary kilt. Sprawiało to, że kolejka kilku osób tak ubranych wydawała się być ciałem długiego węża lub padalca. Kolejka formowała się zawsze przed pracą i po niej. Tak naprawdę proces odbijania się nie trwał długo, ale w głowie Stanisława był nie do zniesienia. Nie chciał zbyt długo stać w grupie przegrywów, bo bał się, że się od nich zarazi miernością. Nareszcie jednak to on był pierwszy w kolejce. Wyciągnął nadgarstek w stronę czytnika.
Po odbiciu poszedł szybkim krokiem w kierunku wyjścia. Byle szybciej, byle nie patrzeć na nikogo, byle nie słyszeć tych głosów, które jeszcze dudniły mu w głowie. Szum ludzi za plecami i syki robotów z boku tworzyły jeden, monotonny dźwięk.
Ulice przed fabryką błyszczały od czystości. Droga do przystanku była jak ze snu — szeroka, równo wyłożona, pachnąca trawą i kwiatami. Z jednej strony rosły klomby — tulipany, stokrotki, róże. Z drugiej pasy trawy, równo przycięte, soczyście zielone, jakby malowane na ekranie. Po bokach — krzewy przycięte w kształt kul i stożków, przy każdej alejce małe parkowe latarnie, świecące nawet za dnia.
Wszędzie dookoła kamery. Nad bramkami, wśród krzaków, za szybami przystanków. Widzialne i niewidzialne. Ale Stanisław nie patrzył. Nie myślał o nich, nie komentował ich istnienia. Wszyscy wiedzieli, że są. To wystarczało.
Najpierw minął pierwszą bramkę strażniczą. Był to zawsze zwykły szlaban, którego pilnowało dwóch strażników (nigdy kobiety) ubranych w mundur swojej korporacji. Ci tutaj należeli do Infrovii.Za bramką zawsze była jakaś budowla imitująca zabytki, czasem średniowieczne, czasem antyczne.To były miniatury dawnych wielkich budowli. Tym strażnikom towarzyszył więc miniaturowy młyn. Wsunął przegub w kierunku czytnika. Pstryknięcie. Mrugnięcie światła na nadgarstku i szlaban podniósł się. Ludzie z przodu i z tyłu robili to samo. Bez słowa. Bez spojrzenia. Jak procesja po systemowym błogosławieństwie.
Za bramką zaczynały się najpiękniejsze skwery. Małe parki, oczka wodne, kolorowe mozaiki z kamieni i liści. Stanisław, choć biegł, nie zwracał na to uwagi. Dla niego to była tylko tapeta, dekoracja pod nogami. Miał jeden cel - zdążyć na transport.
Dobiegł do przystanku. Kilku jego kolegów już czekało - ci sami, co zawsze. W tych samych roboczych ciuchach, z tymi samymi oczami zmęczonymi i bezpiecznymi.
— Patrzcie na nich, kurwa... — pomyślał. — Banda nieudaczników. Jakby ich ktoś z taśmy zsunął. Do Betonów wracają, do wilgoci i ścian, co słyszą każde pierdnięcie sąsiada. A ja? Ja, kurwa, jadę na Aleję Kwiatową. Do Róży. Do tych, co coś znaczą.
Wtem jeden z nich, niższy, łysy, ale z twarzą przyjazną i nieco dziecinną, odezwał się nieśmiało:
— Ej, Staszek… to jak? Macie już odpowiedź? Od Aplikacji, no wiesz… o to dziecko?
Stanisław, bez zastanowienia, ale z dumą w głosie, odpowiedział:
— Mamy tyle punktów, że się w głowie nie mieści. A Róża to dziennikarka z samej góry. Tylko idiota by nam odmówił. Jasne, że dostaniemy zgodę. To tylko kwestia czasu.
Kolega skinął głową, coś jeszcze chciał dodać, ale już nadjeżdżał transport. Cichy, gładki, jak wszystko tu. Każdy był taki sam. Wodorowy, generujący samoistnie energię potrzebną do uruchomienia silnika. Bezszelestne tramwaje różniły się tylko numerem na czele. Ten nie zawiózłby Stanisława do domu. Jechał w kierunku Betonów. Wszyscy, którzy zgromadzili się na przystanku wsiedli do autobusu pozostawiając Stanisława samego na ławce. Transport, kilka metrów za przystankiem wjechał pod ziemię.
Siedział więc zgarbiony na ławce, dłonie miał splecione, wzrok wbity w kostkę brukową, ale uśmiech jak zawsze gotowy do użycia. Nad głową tykał przystankowy zegar, a czas przesuwał się leniwie, jakby złośliwie przeciągał każdą minutę. Zwykle już o tej porze dawno był w domu. Zwykle siedział wtedy przy kawie z Różą, patrzył z politowaniem na tych, którzy zostali w kolejce. A dziś? Dziś coś się omsknęło w systemie. Musi czekać na swój transport około godziny.
Zza rogu przystanku wyszli dwaj strażnicy. Masywni, pewni siebie, z szarawymi emblematami Infrovii na rękawach. Tacy jak on. Z tej samej firmy, z tego samego porządku. I to właśnie dawało Stanisławowi poczucie, że może, a nawet powinien się do nich przymilić. Przecież to nie był plebs. To nie były ścierwy z Betonów. To byli swoi.
— Panowie, no proszę… i wy dzisiaj na drugim rzucie? — rzucił wesoło, z przesadnie życzliwym uśmiechem.
Oni spojrzeli tylko krótko. Jeden zmierzył go wzrokiem, drugi bez słowa usiadł dwa miejsca dalej. Wymienili między sobą spojrzenia, jakby chcieli go zignorować, ale ton Stanisława był zbyt nachalny i gdy postanowił coś jeszcze powiedzieć, siedzący obok mężczyzna zasyczał:
— Stary, zostaw nas w spokoju, co? Długi dzień był.
Nie prosili, nie tłumaczyli, nie krzyczeli. Stanisław zamilkł. Wbił wzrok przed siebie. Udał, że nie słyszy, ale słuchał.
— No, co potem zrobili z tą małą? – przerwał ciszę siedzący obok mężczyzna.
— A nie wiem! — odparł wyraźnie rozbawiony stojący strażnik. Na jego twarzy malował się szyderczy uśmiech i kontynuował opowieść tak jakby opowiadał dowcip.
— wiem, że tego typa otrzeźwili na koniec i pokazali mu zdjęcia i filmy z tego, co wyprawiali z jego panną, a on się rozpłakał jak baba! Żałuj, że tego nie widziałeś. Ja stałem i robiłem zdjęcia temu idiocie!
— a ja jestem zawsze pod wrażeniem, że wam się udaje namówić na to ludzi! – mówił z nieukrywanym podziwem siedzący.
— przecież chodzą już plotki w Barakach, że wy to robicie, a i tak dalej znajdzie się ktoś tak głupi… - kontynuował siedzący ale stojący mu przerwał machając ręką
— proszę Cię! Ja zawsze im mówię, że jak odpowiedzą na jakieś proste pytanie, to wygrają weekend w Alei Kwiatów! No i potem zabieramy ich na dół, a nie do alei i płacz: czemu mi to robicie? – obaj wybuchli śmiechem i po chwili siedzący śmiejąc się jeszcze zapytał:
— no ale co z tą typiarą?- stojący otarł łzę, uspokoił się trochę i odpowiedział
— nie wiem bo jak ja skończyłem, to poszedłem do typa, chciałem się z nim jeszcze pobawić, no ale co, albo nie żyje albo dali jej nową pracę!– i znów zarechotali tak nieprzyjemnie, że nawet taki ignorant jak Stanisław poczuł ciarki na plecach.
Transport podjechał bezszelestnie, niemal niezauważenie. Drzwi otwarły się z sykiem. Ochroniarze Infrovii weszli pierwsi, nie spojrzeli nawet na Stanisława. Poszli prosto do końca pojazdu, jakby mieli tam swoje miejsce od zawsze. Stanisław wszedł chwilę po nich i usiadł w pierwszym rzędzie, z przodu.Nie z przyzwyczajenia, lecz z potrzeby. Podziwiał strażników, z resztą przecież przyjaźnił się z jednym z nich, ale ta rozmowa była niepokojąca.
Miasto rozciągało się kręgami jak pień starego drzewa, jak koncentryczne fale po kamieniu wrzuconym w wodę. Zbudowane z matematyczną precyzją, na wzór prawa niemieckiego — promieniście, koncentrycznie, funkcjonalnie. Każdy pierścień był samowystarczalny. Każdy miał swój rytm, swoje sklepy, apteki, punkty usługowe, szkoły, szpitale i klomby. Każda strefa, czy to betony, baraki, czy Aleja Kwiatów była piętnastominutowa. Tak mówiły ekrany. Tak głosiły komunikaty Infrovii. Ekologia, dostępność, czystość. Ale w rzeczywistości: porządek, podział, kontrola.
W samym środku – rdzeń. Zakłady, maszyny, biura przydziałów, Ratusz. Centrum decyzyjne miasta, bijące rytmem jak serce z żelaza. Tu człowiek przestawał być jednostką. Stawał się numerem, funkcją, punktem w obiegu. Za tym kręgiem było pasmo zieleni, pełne parków, i kończyło się przystankami. Wyjazd z podziemi rozpoczynał taki przystanek, a wjazd do podziemi kończył. Mieszkańcy różnych kręgów nie wiedzieli, jak się żyje w innych kręgach. Podróż do swojego odbywano pod ziemią. Wiadomo było tylko, że za pasmem zieleni znajdują się Baraki, a potem Betony i nareszcie Aleja.
Aleja Kwiatów. Najcieńszy pierścień, najjaśniejszy, najbardziej odcięty. Osiedle elity. Tutaj nie mieszkali robotnicy ani sprzątacze. Tu mieszkali ci, co wspierali rząd i ci, co wspierali korporacje.Choć rząd i korporacje były odrębnymi bytami, to działały wspólnie. Ale czym był ten rząd naprawdę, tego nikt nie wiedział. Jeszcze.
Domy w Alei Kwiatów były skierowane na zewnątrz czyli na naturę. Na lasy, jeziora, góry majaczące na horyzoncie. Ich okna, tarasy i przeszklone elewacje nie patrzyły nigdy na miasto. Odwrócone plecami do reszty społeczeństwa, jakby świat poza Aleją nie istniał. Mówiono mieszkańcom, że tak właśnie jest zbudowany świat: domy patrzą na siebie, ale nigdy za siebie. Że wszystko, co ważne, mieści się między jednym domem a drugim, w tej wąskiej wstędze luksusu. Reszta była cieniem, którego nie warto oglądać.
Mieszkańcy Alei nigdy nie musieli opuszczać swojego kręgu. Cała infrastruktura była tu i w zasięgu kilku minut spaceru. Jeśli już gdzieś podróżowali, to nie w stronę centrum. O nie. Podróżowali do innych Alei, do bliźniaczych stref w innych miastach sektora, bo każde miasto zbudowane było na tym samym planie, jak odbitka, jak szablon. Wyjątkiem był Stanisław, który musiał dojechać do centrum do pracy. Nigdy nie myślał o sobie w ten sposób, ale cały świat owszem. Stanisław był anomalią. Tak właśnie wyglądał świat Stanisława. Pasaż za pasażem, krąg za kręgiem. Od rdzenia po kwiat.
Gdy drzwi pojazdu otworzyły się z miękkim sykiem, Stanisław zsunął się z fotela z gracją należną mieszkańcowi Alei Kwiatów. But natychmiast trafił na miękką nawierzchnię — wyciszoną, czystą, lekko pachnącą czymś cytrusowym. Przystanek lśnił w świetle latarni jak biżuteria wystawiona na czarnym aksamicie.
Po lewej stronie mijał aptekę. Witryny pełne były przezroczystych fiol i kapsułek, ułożonych w geometryczne wzory. Na ekranach wysokiej rozdzielczości młode twarze recytowały zalety nowej linii suplementów neurologicznych: „Lepszy sen. Czystsze myśli. Większa zgodność z otoczeniem”. Nad ekranem migotał slogan: „Zadbaj o mózg, który kochamy”.
Kilka kroków dalej zaczynała się esplanada gastronomiczna — skwer otoczony eleganckimi kawiarniami i restauracjami, każda z własnym logotypem w stylu retro. Drewniane szyldy, delikatna muzyka i rozproszone światło tworzyły wrażenie spaceru przez sen. W samym środku znajdowała się mała scena, a na niej zespół grał na instrumentach, których Stanisław nie potrafił nazwać. Jedni mówili, że to fortepian, inni, że kontrabas, ale nikt nie słyszał ich na żywo od pokoleń. A tu proszę: muzyka jak z dawnych czasów, dla uszu wybranych.
Stanisław minął Ulicę Sakury, której alejki pełne były wiśniowych drzew formowanych w idealne kopuły. Później przeciął Ulicę Ogrodową, stylizowaną na coś przypominającego ogród angielski, z trawnikami przyciętymi w fale i niskimi żywopłotami wijącymi się niczym tasiemki pośród niskich latarni. Każda z ulic w Alei Kwiatów miała swoją estetykę, swój motyw, jakby każde wspomnienie dawnego świata zamknięto tu w osobnej kapsule raju.
Dotarł w końcu na sam skraj Alei, tam, gdzie kończył się krąg uprzywilejowanych. Jego budynek górował wśród zieleni jak latarnia z kości słoniowej. Wnętrze holu lśniło marmurem. Klatka schodowa była nienagannie czysta: polerowane poręcze, chromowane guziki windy, udogodnienia dla osób z niedoskonałościami tak ukryte, że nie raziły oka. A potem ją zobaczył.
Kora.
Zgięta w pół, z wiadrem w jednej ręce i mopem w drugiej. Miała na oko 65 lat Nosiła pomarańczową kamizelkę Seravitae, zbyt dużą, by wyglądała porządnie, zbyt czystą, by była szczerze zużyta. Na pierwszy rzut oka: cień człowieka. Nazywał ją czasem w myśli, czasem słyszalnym szeptem, jednooką ścierą. Prawe oko było bowiem zasłonięte nakładką. Nosiła w sobie coś, czego nie dało się zignorować. Oczy. Spokojne, czujne, dumne mimo wszystkiego. W jednym z żyć — Stanisław by się bał tego spojrzenia. Dziś go tylko drażniło.
Nie powiedział nic. I ona też nie.
Patrzył na nią jak na odpad ludzki, który sam wybrał swój los. Nikt przecież nie trafia do Baraków bez powodu. Każdy nosi winę. Każdy miał szansę, a kto jej nie wykorzystał niech zmywa marmury.
Windę przywołał bez słowa. Wszedł do niej i po kilku sekundach mógł wysiąść. Na piętrze było kilka mieszkań, a Stanisława trzecie na prawo. Stanisław wszedł bez słowa do niego. W przedpokoju był rząd białych szaf, gładkich jak porcelana, bez jednego uchwytu. Dotyk sterował wszystkim. Wsunął swój kilt na wieszak, buty zsunął i wcisnął do wnęki. Wnętrze milczało. Tylko jego krok odbijał się o białe ściany.
Salon rozpościerał się przed nim jak ekspozycja z katalogu: kanapa o wyraźnych liniach, dwa obrotowe fotele, ogromny ekran wtulony w ścianę jak portal. Kuchnia była zintegrowana z przestrzenią, z wyspą o idealnie błyszczącym blacie. Za nią schody prowadziły na górę. Na piętrze były trzy pomieszczenia: sypialnia, sypialnia dziecka, póki co pusta, oraz łazienka z garderobą.
Róża stała przy wyspie. Dłonie miała oparte o blat, a ramiona napięte. Gdy tylko go zobaczyła, uniosła głowę, jakby z przestrachem.
— Kochanie, ja… nie zrobiłam jeszcze kolacji, zatrzymali mnie w redakcji, ale…
— A co mnie to, kurwa, obchodzi? – wszedł jej w słowo twardo, głosem zmęczonym.
— Ja, kurwa, haruję jak wół, w robocie pełnej robotów, żeby to wszystko miało sens. Żebyśmy mogli tu mieszkać, żebyś miała te swoje pierdolone artykuliki, a ty nie masz nawet czasu – mówił cały czas monotonnie, a w tej chwili wybuchł wrzaskiem — żeby ziemniaka ugotować?! Hę?!
No tak, bo mimo tego, że była dla niego wszystkim, że chwalił się nią wszędzie, gdzie mógł, jej pracą, wyglądem, charakterem ciepłym i zawsze uprzejmym, to był zwykłym zakompleksionym przemocowcem. Uderzyłby ją, ale jej twarz była zbyt cenna dla niego. Zamrugała. Gwałtownie, jakby coś ją uderzyło w sam środek twarzy. Nie powiedziała nic, tylko westchnęła nerwowo, a potem wypuściła z siebie głos, szybki, kruchy, jakby bała się, że zaraz znów jej przerwie.
— Ale dostałam wiadomość... — wyrzuciła z siebie. — Dostałam... z Aplikacji. Mamy zielone światło. Możemy się starać o dziecko. Od przyszłego tygodnia przestanę brać środki i za dwa tygodnie wróci owulacja. Uśmiechnęła się, ale nie było w tym uśmiechu światła. Tylko napięcie. Jakby w nadziei, że ta wiadomość wystarczy, że uciszy, że złagodzi. Stanisław milczał. Przez ułamek sekundy wyglądało, jakby nawet nie słyszał, co powiedziała. No kurwa! wybuchł, tym razem z uciechą, tak szczerą, że aż przerażającą. Różyczko moja! Do tej wiadomości brakuje nam tylko szampana i tego mojego cytrynowego ciasta! Tego, co zawsze pieczesz mi na urodziny! Wiesz, z tą skórką… Jezu, Róża! Rozłożył ręce, jakby chciał przytulić cały świat. Radość kipiała z niego jak z rozszczelnionego bojlera. Nawet stanął i zrobił dwa kroki w jej stronę, ale już bez furii. Róża, wciąż spięta, uśmiechnęła się automatycznie. Nie podeszła, by go przytulić, tylko szybko wypaliła.
— Mogę je zrobić. Mamy większość składników, ale brakuje masła i cytryn. A do godziny policyjnej zostało dwadzieścia minut. Jeśli teraz wyjdę, to może zdążę do sklepu.
— To leć, kochanie! Leć, leć!- machnął ręką, jakby wyprawiał ją do opery.- Ja tu sobie poczekam, leć, leć.- Usiadł na sofie jak na tronie. Ręka sięgnęła po pilota, ekran rozświetlił się pulsującym światłem. Obrazy zmieniały się gładko, miękko w uspokajającym przejściem. Pierwsza była prezentacja Infrowii i jej nowego modelu autonomicznego robota do transportu przemysłowego. Reklama szepcząca o innowacji, o efektywności, o przyszłości, która nie potrzebuje już ludzi. Ale to brzmiało jak obietnica, nie ostrzeżenie. Potem Seravitae- migawki z „dzień pracy uśmiechniętej sprzątaczki”. Kobieta o pogodnej twarzy dezynfekowała marmurową podłogę w sali konferencyjnej w ratuszu, a narracja tłumaczyła: „Seravitae- bo czystość to fundament wspólnoty.” Dalej Vitalcore- korporacja zdrowotna. Ekran pokazywał rodzinę śmiejącą się w ogrodzie pełnym sensorów, a głos lektorki zapewniał, że odpowiednia suplementacja to nie wybór, to obowiązek moralny wobec społeczeństwa. I wreszcie Neurovia- najcichsza z nich, ale najważniejsza. Tylko logo, delikatny puls i jedno zdanie: „Zgodność myśli to spokój systemu.” Stanisław nie analizował. Patrzył. Chłonął. Każdy obraz był jak plaster na jego poczucie wartości.
Niech ona będzie tylko w ciąży! Za dwa tygodnie nie będzie mi pyskować, że jest zmęczona, albo nie dzisiaj! Ale czeka mnie zajebisty czas. Jak będę miał tylko zdjęcie brzucha…
Nie zauważył nawet, jak dumny uśmiech zmienił się w coś sztywnego, jakby zakleszczonego między zębami. Nie zauważył też, że ekran nie pokazywał świata, tylko jego wersję, specjalnie dla niego. Zegar wyświetlany na ścianie przesunął się cicho i wskazał dwudziestą. Powietrze w mieszkaniu stawało się coraz bardziej martwe, jakby samo wyczuwało, że coś nie gra. Stanisław zerkał raz po raz w stronę drzwi. Już dawno nie słyszał dźwięku ich otwierania. W kuchni nic nie pachniało. Salon był pusty, a cisza… cisza była zbyt głośna.. Najpierw pomyślał, że może kolejka. Może sklep zamknięty. Może zaraz wejdzie. Było jednak bardzo późno i dawno temu nastała już godzina policyjna. Nie można było bez odpowiedniej przepustki być na zewnątrz. Nacisnął przycisk w pilocie i na ekranie telewizora wyświetliły się statystyki z Aplikacji. Pomyślał, że może Róża uzbierała dzisiaj jakieś punkty i dostała przepustkę, ale zapomniała mu powiedzieć i stoi teraz pod domem i gada z kimś. Wpisu o przepustce jednak nie znalazł. Zobaczył, że kierownik wlepił mu karne punkty. Nie mogło go to zdenerwować, bo decyzję miał klepniętą, a tylko po to je zbierał. No dobrze, ale gdzie jest Róża? Wstał szybko owładnięty niepokojem, ale usiadł z powrotem. W dłoni ściskał pilot, jakby to on miał moc zatrzymania czasu.
Jeśli jej nie będzie...
Nie dokończył w myślach.
Ale echo było natychmiastowe: A co wtedy z punktem domowym? Z rezydencją? Z przynależnością klasową?
Zacisnął szczękę.
Bez Róży...
Bez jej pracy, bez jej prestiżu, bez jej oceny w aplikacji, bez dziennikarskich punktów... czy on w ogóle ma prawo mieszkać w Alei? Czy jego własne punkty, te z fabryki, z kontroli młotków i posłuszeństwa, wystarczą?
Poczuł chłód na karku.
Przecież Róża była paszportem i workiem treningowym, była dla niego wszystkim.
Bez niej... mógłby spaść.
Nie do Baraków. Nie od razu. Ale... do strefy przejściowej. Do administracyjnego limba. A stamtąd już blisko do Baraków. W sektorach kontrolowanych przez Infrovie najwyższą wartością było małżeństwo. Single nie mieli szans na zamieszkanie w Alei, no chyba, że pracowali na wysokich stanowiskach lub byli strażnikami. I tak w aplikacji takie osoby na koniec miesiąca mają dzielone punkty na pół. Nagle zrobiło się duszno. Gdzie ona, kurwa, jest? I choć serce przyspieszyło, choć ręce zaczęły się lekko pocić, nie były to objawy troski o drugiego człowieka.
To był strach. Ale nie przed stratą, a przed degradacją.
Mógł teraz zrobić trzy rzeczy:
Zacisnął szczękę.
Bez Róży...
Bez jej pracy, bez jej prestiżu, bez jej oceny w aplikacji, bez dziennikarskich punktów... czy on w ogóle ma prawo mieszkać w Alei? Czy jego własne punkty, te z fabryki, z kontroli młotków i posłuszeństwa, wystarczą?
Poczuł chłód na karku.
Przecież Róża była paszportem i workiem treningowym, była dla niego wszystkim.
Bez niej... mógłby spaść.
Nie do Baraków. Nie od razu. Ale... do strefy przejściowej. Do administracyjnego limba. A stamtąd już blisko do Baraków. W sektorach kontrolowanych przez Infrovie najwyższą wartością było małżeństwo. Single nie mieli szans na zamieszkanie w Alei, no chyba, że pracowali na wysokich stanowiskach lub byli strażnikami. I tak w aplikacji takie osoby na koniec miesiąca mają dzielone punkty na pół. Nagle zrobiło się duszno. Gdzie ona, kurwa, jest? I choć serce przyspieszyło, choć ręce zaczęły się lekko pocić, nie były to objawy troski o drugiego człowieka.
To był strach. Ale nie przed stratą, a przed degradacją.
Mógł teraz zrobić trzy rzeczy: